środa, 31 lipca 2019

31.07.2019

Wstaliśmy rano, troszkę za późno, bo okazało się, że mało czasu na to, aby pojechać na 12 do notariusza do Olsztyna. Ale oczywiście byliśmy za wcześnie. Ja zabrałem Kaję, Bartka i Huberta na spacer po mieście i na lody, a Gosia z Łukaszem przepisywali na siebie działkę. Załatwili to w kwadrans, trochę szybko, ale Gosia znalazła nas na placu zabaw nad Łyną. Poszliśmy na spacer do Aury na szybkie zakupy bez sensu, po czym zeszliśmy nad Łynę na kolejny plac zabaw. Wróciliśmy wreszcie na 16, zjedliśmy i teściu zabrał mnie na rower. Trasa spoko: Jonkowo-Mątki-Kajny-Brąswałd-opłotki-Redykajny-Gutkowo-Jonkowo, raptem 35 km, ale... Trzy razy musieliśmy wracać, bo droga kończyła się na czyjejś posesji, bądź na opuszczonej farmie, upierdzieliły mnie dwa bąki, a trasa wiodła tyle samo pod górkę, co z górki - różnica wzniesień 80 metrów. Teściu pod górkę włączał elektrykę i sunął, ja pod koniec już zsiadałem i prowadziłem rower, dramat. Nogi miałem pod koniec jak z waty. A jeszcze jak wróciliśmy to żonka odpierdzieliła scenę, że nas tyle czasu nie ma i ona już płakała z nerwów. Jakaś pojebana akcja. Wieczorem trzeba było nadrobić płyny, na ostro...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz