piątek, 26 lipca 2019

26.07.2019

Trzeba było wstać o 6:30, bo spotkanie w porcie wymyślili o 7:15. Nie zjedliśmy śniadania, kupiłem sobie wcześniej ciastka i jogurt. Weszliśmy w osiem osób i popłynęliśmy w rejs. Łódź klimatyzowana, więc płynie się miło. Pierwszy przystanek Stromboli, wulkan cały czas pluje. Plaża czarna, wokół pełno pyłu i popiołu. Ale mamy półtorej godzin, więc zwiedzamy miasteczko. Jest uroczo i upiornie gorąco. Na łódź wsiadamy oblepieni pyłem z wulkanu, bo ciągle wybucha. Następny przystanek: Lipari. I tu zrobiliśmy akcję: z Jordim i Tiiną nie wysiedliśmy w Lipari - jakoś stanęli wszyscy wokół nas i przegapiliśmy hasło. Pojechaliśmy na rejs wokół wysp Liparyjskich. Trochę bez sensu, bo nic ciekawego, a jednak przy wyjściu w porcie zażądali biletów:P Tiina się wykłóciła, zdaje się była trochę niegrzeczna, ale nas puścili. Przez tę wycieczkę mieliśmy ledwie godzinę na lunch i zwiedzanie - niestety, większość pochłonął lunch... Mam niedosyt Lipari. Na koniec została wyspa Volcano. Chciałem się kąpać w błocie siarkowym, ale nie znalazłem chętnych, to sam nie poszedłem...A woda w morzu też śmierdziała siarką... To z Martą i Tiiną poszliśmy na spacer po miasteczku. I było fajnie. Wróciliśmy na 19, mieliśmy serdecznie dość...  Ale wyprawa spoko. O 20:30, po prysznicu i odpoczynku byliśmy na placu, siedziały tam tylko Niemki, poczekaliśmy z nimi i wszyscy poszliśmy na kolację pożegnalną. Było bardzo sympatycznie, fajna ekipa i każdy narzekał na Alessandro. I że nic nie przekazał, i że przyciął 60 euro na załatwianiu hotelu, i że gotująca grupa nie miała wizyt w gaju ani w piekarni, jak było w planie, i że mieli 10 godzin za mało... Gdyby nie widoki i grupa, byłoby marnie. Ale myślę, że się udało.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz