sobota, 27 lipca 2019

27.07.2019

Wstaliśmy trochę po 3, taxi było, uffff... Tylko, że mieliśmy jechać po Naurisa, jak kierowca się dowiedział, to wpadł w histerię, że to nie autobus, nie będzie jeździł, bo on nie ma takich wytycznych! Ale pojechał, zgarnęliśmy Łotysza i udało nam się dostać na lotnisko na 5. W sam raz. A tam bajzel, zamieszanie, bo ludzie z samolotu do Mediolanu przychodzili w ostatniej chwili i panika, że nie zdążą. Lamezia Terme to straszne lotnisko, jak w krajach trzeciego świata... Ale udało nam się polecieć i dotrzeć do Rzymu. Tam mieliśmy z godzinkę, którą spędziliśmy szukając m&msów karmelowych dla Zuzi. No i stamtąd już szybko, o 11 byliśmy w Warszawie. Na szczęście odwieźli mnie do domu i mogłem zalec... Owszem, z pół godzinki się zdrzemnąłem, ale zanim co, to pojechałem zobaczyć co na poczcie (nic!), zrobiłem zakupy i zjadłem obiad w Curry House. Obejrzałem mecz Polska-Holandia w siatkę (zniszczyli 3:0), napisałem sporo Bielan i tak sobie siedzę, burza jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz