Wstałem rano normalnie, ogarnąłem wszystko, zebrałem się i zacząłem ruszać. Najpierw odebrałem z poczty faktury za tę krew Bartka, potem odebrałem receptę i leki, wymieniłem książki w bibliotece i ruszyłem tuż po 12. Cholerna paczka przyszła pół godziny później... Leciałem sobie ładnie, na jednopasmowej trochę zeszło za ciężkim sprzętem rolnym, ale ogólnie droga cymesik. Ledwo dojechałem, Gosia spadła z krawężnika - żeby to jeszcze do mnie tak biegła, ale nie, woda w basenie się przelewała i tak ruszyła, że spadła... Zjedliśmy obiad i pojechaliśmy do szpitala. W poliklinice nie ma ortopedów, super. W miejskim ortopedzi operują, trzeba czekać - dobrze, że przed nami były tylko 2 osoby, ale i tak czekaliśmy ze 3 godziny. Dziadek z Bartkiem spacerowali wzdłuż Łyny, a my kiblowaliśmy w poczekalni. Okazało się, że to tylko torebka stawowa, nic strasznego... Ale pół dnia zmarnowane. No nic. Zagoi się zaraz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz