Na szczęście tym razem ranek był wolny - to poszliśmy na plażę i wylegiwaliśmy się tam do 13... Potem się zebraliśmy i poszliśmy na ten cholerny koniec świata. Wchodzimy, a tam Alessandro z pretensją, że powinniśmy być rano. Trochę mnie wkurwił, bo najpierw mojego kursu w rozpisce w ogóle nie było, potem dołożył i według tego, co powiedział i napisał przyszedłem. A ten z mordą. Po czym okazało się, że chodziło o Martę, bo ona jest na innym, a przyłazi ze mną. No pewnie, przecież niewiele z tego rozumie... Na kursie 4 godziny gadania o stronach internetowych i platformach przydatnych w klasie. Nawet ok, ale bardzo męczące... Na obiad poszliśmy do jakiejś kolejnej knajpy, zjadłem pizzę z tą czerwoną cebulką i n'duja - ależ to pikantne! Ale dobre :) Kiedy raczyliśmy się deserem, spotkaliśmy Tiinę, ale ona poszła coś zjeść. Pokręciliśmy się i dotarliśmy na zbiórkę od agencją. Kupiliśmy w 7 osób bilety na rejs po wyspach Liparyjskich i poszliśmy do knajpy. Naprawdę fajnie spędziliśmy wieczór, towarzystwo trafiło się super.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz