Nie dało się zdążyć na 8:30. Śniadanie zaczynamy o 8, ze 20 minut schodzi. Potem te cholerne schody na szczyt - już człowiek jest mokry, bo od rana słońce operuje akurat na ścianę. Potem przelecieć całe miasteczko i trasą wylotową (bez chodnika) idzie się jeszcze drugie tyle - miejsce kursu jest około 30 minut od hotelu. Straszna droga. Pierwsza sesja to pierdoły, bla bla bla, które nic nie wnosi. To znaczy, przedstawiamy nasze szkoły, a Alessandro robi wykład na temat projektów. W przerwie poszliśmy z Ademolą do supermarketów po cokolwiek do picia, droga to kolejne pół godziny w skwarze, ale... wszystkie trzy były zamknięte. Sjesta jej mać! Supermarkety? Trzeba było wrócić kolejne pół godziny w dzikim skwarze. A druga część zadań to było coś takiego, co robię na bieg niepodległości w szkole. Tyle, że tu w 35 stopniach. I faktycznie skończyliśmy o 18:30... Ledwo żyliśmy... Poszliśmy więc na obiad i poszwendać się po miasteczku, bardzo przyjemne miejsce.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz