Rano odwiozłem o 7 Majkę do metra - Gosia mi tę atrakcję załatwiła... Zjadłem, ogarnąłem się i pojechałem do pracy po podpis Marty. Musiałem jeszcze raz drukować ten certyfikat z dobrą datą, dobrze, że wczoraj zmieniałem hasło, to pamiętałem... Zostawiłem hondę pod szkołą i pojechałem do centrum. Niestety, dyrektor BE nie było, zajrzałem na pocztę i wróciłem na Żoliborz. W domu byłem o 11, Sławek pracował pełną parą. Wszystko szło dobrze do momentu montażu profili - okazało się, że dziury wyłażą... Trzeba było wymienić jedną płytkę. Udało się. Płakał, że kabina w te profile nie wejdzie, ale weszła - jam to uczynił, bo on był zbyt sceptyczny, by spróbować. Dziewczyny poszły o 15:30 do biblioteki, on skończył też w tym czasie i poszliśmy potem razem do Bistro na obiad - całkiem dobry. Potem spacer, sprzątanie po remoncie i znowu jest Majka, pierdoli niebywałe kocopały o swoich modlitwach i cudach, jakie czyni. Dramat, jestem zażenowany bardzo poważnie.. A ja powinienem przygotowywać się do wycieczki...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz