Pogoda się zepsuła na dobre, zbiera się na deszcze. My z kolei powoli się poskładaliśmy, spakowałem ile się da - i tak jedna waliza została... Teściowa łaziła za mną i stękała, żebym zmienił wreszcie buty z japonek na kryte, bo przecież nie pojadę w klapkach! Dlaczego nie, cały czas jeżdżę, to nie szpilki... Ale dla świętego spokoju zmieniłem... Droga nieco zatłoczona, ale leciało się dobrze, poza paroma marudnymi komentarzami żony. Zatrzymaliśmy się nie dlatego, że Bartek chciał - przespał całą drogę. Dziewczyny musiały siknąć i... zjeść hot doga. Dojechaliśmy na 16, ja jeszcze pojechałem na zakupy (paczka z inposta mi wróciła do dyspozytorni, szlag!) i po obiad. Nasi w tym czasie grali z Brazylią i obsrali, szkoda, bo pewnie nie awansują już do Tokio...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz