Prawie udało się nam wyrobić - mieliśmy być u Arturów w południe, to wyjechaliśmy 11:45 :P Ale spóźniliśmy się niewiele w sumie. Zaczęło się od dwóch sałatek, nawet dobrych: dużo sera, czosnku, fasolka... I 0,0. Ok, pojedliśmy w oczekiwaniu na obiad. Dzieciaki doskonale się bawiły, naprawdę spoko. A potem zaproponowano spacer po lesie - fajnie, miły spacer, to może obiad. Mnie zaczęło jeździć po żołądku. Gadam cały czas z Arturem, dobrze się gada nawet. Wróciliśmy, a Małgosia: To co, najedzeni wszyscy? To nie robimy już pizzy, jedziemy z ciastem. Mały torcik dla Ignasia, bo miał urodziny (na szczęście miałem dla niego kasę w prezencie, bo Gosia przypomniała, że on jakoś ma urodziny) i ciasto. A gdzie obiad??? Jeździ mi po brzuchu niesamowicie. Pojechaliśmy wreszcie po 18, skręcało mnie w samochodzie z bólu, niedzielnych kierowców pełno, szlag by to trafił. Ledwo dobrnąłem do domu. Dziewczyny głodne poszły na hot doga, a ja do ubikacji. Nie przeszło za bardzo... Jeszcze odkurzyć przed wieczorem, ogarnąć dzieci i ugotować obiad, bo przecież teściowie jutro przyjeżdżają... I dowiedziałem się, że w sobotę mam wycieczkę po Okęciu... Ratunku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz