Noc była ciężka: żona chrapie, młody ciamka jak stado warchlaków, młoda coś przeżywa przez sen. I jeszcze deszcz. No i młoda wparowała z głodem przed ósmą. Meh. Ja poszedłem robić śniadanie i ogarniać, a Gosia z Bartkiem spała do 10... To zabrałem Kajkę na rower, pojechaliśmy przez Koło i Ulrychów, zatrzymując się w parku Szymańskiego. Tam z nudów zrobiłem zbyt duże zakupy na allegro i zadzwoniła żona, żeby już wracać, bo ona chce na spacer, jakby sami nie mogli... Ok, wróciliśmy kółkiem przez Górce bez pośpiechu i jak podjeżdżaliśmy pod klatkę po godzinie, dopiero wyszli. Zostawiliśmy rowery i poszliśmy razem wokół osiedla do Kinga na obiad. Młody w restauracji zesrał się tak, że wylało się górą pieluchy, rany... Na deser zajrzeliśmy do Bezy Krowy i wróciliśmy po 4 godzinach. Chciałem poleżeć, ale mała przyszła się tarmosić, żona pozawracać głowę, mały powrzeszczeć. Zwariuję. A tu jeszcze zrobić kolację wszystkim, wstąpić do pokoju młodej na zakupy (kilka razy co najmniej), wykąpać Bartka, ogarnąć Kajkę i poczytać... Przy okazji oglądałem dziewczyny w siatkę, Polska - Serbia 1:3, nie dostały się na igrzyska, choć przegrały na własne życzenie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz