poniedziałek, 27 maja 2019

27.05.2019

Rano poleciałem z teściem na Wrocławską, załatwić zawór do pralki - musieliśmy skoczyć na Koło, ale hydraulik z dołu szybko to zawinął. Zostawiłem teścia z hondą u wulkanizatora, a sam pojechałem załatwiać i zamykać rzeczy mamy. Najpierw USC i akt zgonu. Potem bank - będzie ok. Wjechałem do mieszkania - śmierdzi to wyrko, jakieś przeklęte jest, obydwoje rodzice mi na nim zeszli... Zapakowałem zapaskudzone koce z łóżka, zmyłem krew z podłogi - mam teorię, że musiała mieć guza, czy coś, który w którymś momencie pękł. Lekarz proponował sekcję, ale do cholery... Pozbierałem zdjęcia Kajki z mamą - nie mogę na nie patrzeć, bo mi się płakać chce... Zmyłem ten syf z wersalki na ile się dało i wietrzyłem. Wyniosłem śmieci, pogadałem chwilę z Rafałem... Wziąłem Polówkę i ruszyłem do zakładu pogrzebowego - ceremonia w czwartek rano, koszt: 9000 zł. Ja pierdzielę. ZUS dale 4000, drugie 4000 miała mama z zaskórniaków, zostało jeszcze kilkaset. No i próbujemy załatwić lokal na stypę... Pojechałem do pzu, wróciłem na Bródno do USC, bo mi nie powiedzieli, że mojego odpisu urodzenia też potrzebują... Odebrałem zaświadczenie z parafii - nie bez problemów znowu, bo ich wykreślili (na kartce było któregoś roku 'omijać!' i przerwa na kilka lat...). Po drodze coś zjadłem, zajechałem do t-mobile zamknąć telefon, odebrałem paczkę i wreszcie mogłem wrócić. Teraz walczę z wpłatami na obóz, nie pozbieram tego... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz