Rano okazało się, że Bartolomiu idzie do domu! Przez co musiałem dwa razy obracać, przecież miał mieć żółtaczkę i zostać... No ale nie został i na obiad przywiozłem obydwoje z ginekologicznego, dokąd przenieśli się obydwoje w nocy. Zjadłem obiad i ku niezadowoleniu żony pojechałem odbierać gości - akurat lunęło... Słowacy przeszli bez problemu - wszak byli załatwieni jako jedni z pierwszych. Odwiozłem ich do hotelu i zaczęła się jazda. Na Turków czekała rodzina więcej - ups. Na szczęście była i Ewa Ch., udało się z nią zagadać, że nie biorą trzeciej osoby. Ufff... Turcy mieli kłopoty, że ta u chłopca, ten coś tam, ale dało radę wreszcie. W hotelu zaczął się odbiór i tu tąpnęło. Dwie osoby nie przyswoiły zmiany miejsca i czekały na Pańskiej - ok, pojechałem. Po czym jedni zabrali swoją, a drudzy mieli mieć malutką, a została stara. I znowu, gdyby nie pomoc p. Marzeny znowu byłaby sroga wtopa. Ufff... Kupiliśmy sobie bilety, kupiłem w aptece leki dla Gosi i wróciłem z prezentem, co Piotrek przyniósł. Dzieciorób! No masz... A w domu teść prawie spalił chałupę, bo położył plastikową torbę na żarówce... Mały jest słodziak :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz