czwartek, 9 maja 2019

09.05.2019

Rano udało mi się pojechać na rehab - choć na dobrą sprawę mogłem iść tyłem i pieszo - przyjechałem na 9:15 na porodówkę, ale tak naprawdę dziać się cokolwiek zaczęło dopiero po 12 godzinach... Najpierw dusimy, męczymy... A potem jak przyszły skurcze - ja nie chcę więcej być przy porodzie, co za hardkor. Siedzisz obok i w zasadzie nie wiesz, co masz zrobić. Około 19 Gosia miała serdecznie dość, darła się i wrzeszczała o cesarkę, ale położne nie odpuszczały. Ja już widziałem główkę! I ten moment, plus mała dawna znieczulenia spowodowała, że poszło: wcześniej mały nie chciał, potem ona go zaciskała, zamiast popuszczać, ale rodziła go na dobrą sprawę tak porządnie ze dwie godziny. Udało się! 3,450 kg i 57 cm, ale dostał 8 punktów, bo trzy razy był owinięty pępowiną plus miał rękę przy głowie i wyszedł koszmarnie zmęczony. Spać poszedłem o 2 w nocy. Przeżycie straszne, ale mały jest cudny :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz