niedziela, 26 maja 2019

26.05.2019

Pojechałem rano zagłosować na europarlament i w sumie szedłem jak na ścięcie do mamy. Domofonu nikt nie odbierał, ale przecież było tak samo poprzednio. Wszedłem, w sumie wiedziałem, co zastanę, ale mimo wszystko nie byłem gotów na to, co zobaczyłem. Sine, napuchnięte nogi i wypięty tyłek sterczały w dużym pokoju, przerzucone przez oparcie kanapy - reszty nie oglądałem - zapaszek i wygląd nóg upewniły mnie, że to już kilka dni... Zacząłem dzwonić, ale każdy mnie zbywał, za trzecim razem dopiero dostałem właściwy numer, ale lekarz dyżurny powiedział, że nie przyjedzie, bo to musi koroner i policja... Po trzecim telefonie na 112 przyjechał patrol z Chodeckiej i to oni mi pomogli. Obejrzeli zwłoki, nie stwierdzili przemocy i wezwali lekarza z Bródnowskiego. Po półtorej godzinie przyjechała ekipa z zakładu pogrzebowego i mamę wreszcie zabrali, wraz ze wszystkim, co się ulało... Śmierdzi, to nie tak powinno być. Lekarz powiedział, że to pewnie wylew, ale ciężko teraz stwierdzić na 100%, bo twarz już czarna. Ale śmierć była nagła: padła tam, gdzie stała, zapewne środa przed wieczorem lub czwartek rano... A przecież w środę z nią rozmawiałem i wszystko było normalnie... Nie wiem, kiedy zmarła - była w bieliźnie, ale nie było kubka po kawie, czy herbacie, a światła były wyłączone, tak samo telewizor... Dziwne... Pozbierałem dokumenty i to co ważnego znalazłem, obdzwoniłem kogo się dało i wróciłem do domu. Poszliśmy na obiad do Kinga i zająłem się sprzątaniem Wrocławskiej - zajęło mi to ze 3 godziny, ale z muzyką jakoś szło. Starałem się nie myśleć za bardzo - zwłaszcza, że te fioletowe nogi mam przed oczami... Chomik przeżył, wziąłem go do chałupy. Kajka bardzo to też przeżyła... Marnie. Fantastyczny Dzień Matki, dobrze, że prezentu nie wziąłem dla Niej, bo byłoby jeszcze bardziej głupio... Nie wierzę.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz