Ranek zaczął się od kolejnych prezentacji - wyprodukowała się Zosia, która nie mogła wczoraj odtworzyć filmu, ale wypadła bardzo blado - Turcy za to byli pięknie przygotowani. Zwiedziliśmy szkolne muzeum techniki z urządzeniami BioFizu (!) i poszliśmy do wioskowego muzeum regionalnego. Nic szczególnego, takie tam stare ciekawostki. Najlepsze było, kiedy przechodziliśmy przez plac główny. Grała muzyka grecka, a uczniowie i Christos ni stąd ni z owąd zaczęli tańczyć zorbę! Tak po prostu! Inni się przyłączyli i w końcu pląsało tam ponad 50 osób, bo miejscowi też się przyłączali! Po pół godzinie poszliśmy na lunch - członkinie kółka gospodyń wiejskich nam przyrządziły ucztę - naprawdę w szoku byliśmy... I mogło być pięknie, ale Gosia zadzwoniła w histerii, że ze Sławkiem nie może się dogadać, że nerwy, płacz i zgrzytanie zębodołami! Od razu żołądek zwinął mi się w pętelkę, potem serce doszło, ona mnie wykończy... Próbowałem się oderwać spacerem po Karditsy i siedzeniem na nasłonecznionym balkonie, ale mam ciągle zacisk.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz