poniedziałek, 12 listopada 2018

12.11.2018

Udało mi się wstać po 9, tak drzemałem sobie, bo młoda wstała tuż po 7, ale zajęła się sobą (!!!) i był spokój. Zanim się wygrzebaliśmy (znaczy żona), było południe. Obeszliśmy kawałek osiedla w żółwim tempie i wróciliśmy, bo młoda była ubrana za ciepło. Sprawdziłem kuratoryjne i poszliśmy z Kajką dalej - wybrała Wawrzyszew. A więc przez stawy, gapiąc się na kaczki i spędzając czas na placu zabaw, przez Lasek Lindego, gdzie obserwowaliśmy wiewiórki i sójki - rude podchodziły bardzo blisko, urocze stworzenia :) Potem przez Bielany do 112 - po drodze spotkaliśmy kobitę, która miała na smyczy... lisa. Pięknego. Wow. Po powrocie zjedliśmy obiad, przyszykowałem się na jutro (i dziki bieg znowu), pozmywałem kilogramy naczyń i piszę Siekierki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz