Koszmarnych dni część pierwsza... Młoda przylazła już o 23, nie zdążyliśmy się jeszcze położyć. Po jakimś czasie Gosia uciekła do drugiego pokoju, a ja zostałem z młodą. Kopniaków udaje mi się uniknąć, ale przy zmianie pozycji zgrzyta zębami, matko! W pracy przeleciało dość szybko, ale wściekłem się znowu na Anetę - powiedziała, że mi nie napisze pisma przewodniego, bo nie. Kurwa mać, a kto ma to pisać, jak nie sekretarka????? Wydrukowałem, Ala podpisała i szczęśliwy zaniosłem umowy na Górskiego, ale nie miałem ustawy z dzielnicy... I na razie nie mam, kasę to chyba dostanę za rok, szlag. Odebrałem płyty i pojechałem na Powązki, ogarnąć trasę na niedzielę - pod koniec zupełnie się gubię, niech to szlag. Za mało miałem czasu, bo przecież musiałem pobiec po młodą, zjeść coś i pojechaliśmy do Kolorado na imprezę do Bartka. Wyszliśmy z płaczem 20:30, zanim zjadła i umyła się, zrobiła się 22. Jak ona jutro wstanie, to ja nie wiem... Jeszcze tylko listy do rodziców, tekst na jutro i zaraz mogę iść spać, bo padam...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz