Ale niedziela, niech to szlag. Wstałem: śniadanie, ogarnąć włosy i siebie, ubranie młodej i pojechaliśmy na zakupy. Wydałem z 500 złych, ale mamy turfy, prezent dla Bartka, lekarstwa dla Gosi i obiad. Ok, wróciliśmy, zrobiłem obiad, zjedliśmy i zabrałem młodzież na rower. Dziś 12 km, do Klaudyna i z powrotem - słabo obiad zjadła, więc trochę marudziła pod koniec... Żona gnije w wyrku, bo nie ma siły ruszyć nawet palcem, zaczyna mnie to poważnie wkurwiać. Skacz dookoła jednej i drugiej - ciekawe co będzie, jak wyjadę?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz