Śmiesznie, bo stojąc rano na przystanku, podszedłem do stojaka z rowerami. Jeden z rowerów był nieprzypięty... I kusił... Więc wsiadłem i pojechałem do pracy na rowerze! Po drodze kupiłem banany i w sumie byłem tak, jak autobusem - tyle, że jadąc autobusem aż tak się nigdy nie spociłem... :D Lekcje przeleciały, zostałem jeszcze po pracy drukować mapki i nasze bilety i wróciłem przez Dominos, bo zacząłem być bardzo głodny... Dziewczyny pojechały kupić prezent dla Maksa, dzięki czemu miałem trzy godziny spokoju. Wróciły oczywiście z wielkimi torbami zakupów... Skoczyłem jeszcze po hulajnogę, która została pod przedszkolem, ogarnąłem małą, skończyłem poprawiać korektę i jestem gotowy na Festiwal Światła w Łodzi :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz