sobota, 9 września 2017

09.09.2017

Wstaliśmy rano - ja pół godzinki później, pomimo, że siedziałem do 1 w nocy i robiłem ciasto... No dobra. Zakupy - po zabawkę i potrzebne rzeczy poleciałem do tesco, bo tam wszystko było na miejscu. Na wizytę kuzynostwa wydałem ponad 400 złych, jakaś masakra. No dobra, przyjechali w południe, dzieciaki od razu pobiegły razem do pokoju i tyle ich widzieli. Pełnia szczęścia. Przyjęliśmy rosołek i ciasto i ruszyliśmy w miasto. W autobusie Maks zaczął odpadać. Zwisał Moni z ręki w gorączce. Mówię - no to super się zaczyna. Wiewiórki i orzeszki, pawie (czy też pawiany, jak mówi Kajka), piękno parku, wszystko na nic. Biegusiem na górę, do centrum do apteki. Poszliśmy zjeść do Cioteczki Tu, w tym czasie Maks odzyskał werwę, więc zeszliśmy nad Wisłę. Bulwary okazały się strzałem w 10. Mieliśmy wrócić 28 z Gdańskiego, ale okazało się, że są skasowane. Szlag. Podeszliśmy do Mickiewicza i wróciliśmy dwoma autobusami. W domu Maks działała pięknie, bawili się z Kają do 23, aż padli... My za to siedzieliśmy, piliśmy wino, piwo, które przywiózł Tomek (całą zgrzewkę lurowatego Heinekena, ale darowanemu końmu itd) i whiskey... Poszliśmy spać po 1.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz