Z palcami coraz gorzej, młodej chyba odpadnie, mój zaczyna gnić :P Jakiś dramat. O tyle dobrze, że była dziś tak piękna pogoda, że śmigaliśmy w krótkim rękawie. Grę terenową zaczęliśmy od parku Żeromskiego - tylko Marcin źle przyszedł, bo mama nie doczytała.... Kurde. Polecieliśmy na Skrę, tam odbyły się zawody sportowe - każdy wygrał... Ze Skry na Narodowy i tam kibicowanie i zwiedzanie, a na koniec przedreptaliśmy przez most, aby wsiąść w autobus do Centrum Olimpijskiego. W sumie skończyliśmy o 13, świetnie. Większość zaangażowana, bieg, szał, o to chodzi. Wszyscy zadowoleni. Dzieciaki poszły, a my z Robertem udaliśmy się na obiadek do bufetu. Potem Robert poszedł do szkoły, ja z kolei po paczki na pocztę i pieszo na Koło, przez Powązki i do domu dotarłem pierwszy, bo Zosia chora. Jak przyszły dziewczyny, mała zjadła i jeszcze poszliśmy na spacer na hulajnodze. Wieczorem była tak zmordowana, że jęczała na tle palca i odparzonej pupy, aż miałem dość. Teraz znowu rzeźbię papierologię...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz