niedziela, 10 września 2017

10.09.2017

Pospaliśmy prawie do 9. Ja sobie wstałem i poszedłem do biedry po bułki - cieplutko! Zrobiłem jajecznicę, ogarnęliśmy się i w południe pojechaliśmy dalej. Miało być metro, to metrem na XXX piętro pkin. Stamtąd do muzeum ewolucji - do środka wszedł tylko Tomek z dzieciakami. Kajka może tam chodzić codziennie, Maksowi też się podobało - sukces. Potem do ogrodu Saskiego na plac zabaw, gdzie Maks odmówił zabawy - zachciało mu się 10 minut przed wyjściem... Królewicz :) Zmiana warty obejrzana, po czym stwierdziliśmy, że idziemy coś zjeść. Kajka zaczęła histerię - najwyraźniej głodna, ale robiła takie sceny, że mnie poniosło. Weszliśmy do włoszczyzny, ona nie będzie jeść, bo pikantne. No faktycznie. Ale mojego nie chciała spróbować, bo nie. NIEEEE! I na ręce!!! Bo Maks tak idzie. Szlag mnie trafił. Wróciliśmy przez lody - tu kolejna awantura, młoda dziś omal nie zginęła... I rosołu już w domu zjadła tyle o ile. Goście nam wyjechali, w drzwiach minęli się z Sierściem, który przyniósł nam zaproszenie na wesele za tydzień. Posiedział, poopowiadał o zawiłościach swego życia i też uciekł. Młoda wreszcie zjadła porządnie, musiała być naprawdę głodna. Szybka kąpiel i spać. Zrobił jej się zastrzał w palcu, jutro lekarz grany... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz