Dziś nie leje, wow! Za to zamiast spać, zostaliśmy obudzeni o 6:20 sikaniem i szybkim transferem do naszego łóżka. Od tego momentu miałem na zmianę kolana w nerkach, łokieć w szyi i biodra w kręgosłupie... To się wyspałem... Młoda po godzinie wiercenia zwyczajnie zasnęła i mogło być fajnie, ale przed 8 zadzwoniła ciotka Majka, żeby Gosia na masaż przyszła... Rany... No to poszła, mała spała do 9:30, pozbieraliśmy się, zaplotłem jej warkocze i wyszliśmy na zajęcia. Znaczy mieliśmy wyjść, ale nastąpiła histeria na tle niejasnym, tylko się wściekłem niepotrzebnie... No i spóźniliśmy się przez to wszystko. Zajęcia były najwyraźniej super, my przegadaliśmy całe z dawno nie widzianą Anią z kursu. Odwiozłem domek Kai do chałupy i poszliśmy wspólnie do Przystanku Koło na obiad. A stamtąd na Woronicza do zajezdni tramwajowej na ostatnie pół godziny. Było super, właziliśmy do wagonów, przeszliśmy pod tramwajem, mała dostała balon i lizaka, szkoda, że czasu nie starczyło na autobusy... Jeszcze zakupy i siedzimy w domu. Palec mi się robi coraz gorszy...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz