sobota, 16 września 2017

16.09.2017

Mama była już o 7:40, a my w lesie... Ale wyrobiliśmy się, jak Miśki podjechały. I ruszyliśmy. Trasa piękna i w Zielonej Górze byliśmy już po niecałych 4 godzinach. Pobłądziliśmy nieco w samym mieście, odstawiliśmy Elę i wylądowaliśmy na uliczce Sowińskiego. Okolica mocno w ruinie, ale nasza kamieniczka okazała się wyremontowana, a apartament to... prawdziwy apartament! Wow. Poszliśmy na spacer, zjedliśmy trochę i wróciliśmy się przygotować na wesele. Do kościoła trafiliśmy trzy minuty przed czasem, bo najpierw ja nie wziąłem koperty, a potem Misiek kwiatka... Ale ślub przeszedł szybko - tylko zgrzyt był, bo z całego kościoła do komunii poszła... jedna osoba. Heehe. Największą furorę robili waszmościowie, zwłaszcza przy przejściu przez miasto do Palmiarni... Wesele było niczego sobie: fajne miejsce pod palmami, dobre jedzenie, towarzystwo... Kulała tylko muzyka - drętwy melancholijny rock. No i do północy niewiele osób wytrzymało. Wychodziliśmy około 2-giej, z 40 osób zostało niecałe 10... Sławek nastukany i nawalony poszedł. Smażenie z mamą Sierścia na tarasie - bezcenne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz