Zanim się wybraliśmy, Gosia ogarnęła kuchnię i zupę, była 13:30. Poszliśmy więc do Wola Parku po sandałki dla młodej. W połowie zachciało jej się kupy, więc biegiem. Po czym spędziliśmy pół godziny w Flaing Tajgerze i prawie godzinę w Pepko - mało mnie tam szlag nie trafił. Nogi mnie zaczęły boleć, młoda latała, służyłem jako wieszak, końca nie widać... Potem tylko ponad godzina w Auchan - większość czasu między ciuchami, zegarmistrz i wróciliśmy. Po drodze na obiad w Saigonie przystanęliśmy o 17, zjedliśmy, poslziśmy na lody, spacer i do kolejnego sklepu... Zacząłem pisać Mokotów, mobility tool mnie odrzuca... Ukrop jest dziki, ze 35 stopni...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz