Koło 2-giej obudziło mnie wycie. Śpiewali jacyś faceci, niewątpliwie narąbani. Leciały słowackie hity regionalne - chóralne pieśni o Janosiku. Ładnie nawet śpiewali, ale nie o takiej porze! Co gorsza, koło 5-tej włączył się kogut i darł dziób niemożliwie... Po śniadaniu wpadliśmy do autokaru i ruszyliśmy na wyprawę. Zaczęliśmy od Jaskini Lodowej - dojście omal nie wykończyło Bożenki, Ewy i Marylki, ale doszły. A było warto! Potem podjechaliśmy do Spisskiej Vsi na spacer po mieście i tu zacząłem odnosić wrażenie, że nasz pilotto nie bardzo wie, gdzie jest i co ma robić. Owszem, sprytnie maskował niewiedzę i słabe rozeznanie, ale po jakimś czasie więcej osób zaczęło to dostrzegać. W niewiele wartym miasteczku spędziliśmy godzinę na spacerek i coś do zjedzenia. Dziewczyny zjadły, a my w pędzie braliśmy na wynos i zeżarliśmy obiad w autokarze. Jeszcze leciałem po zakupy przed wyprawą w góry do Coop'a. Bez sensu. Za to w Słowackim Raju... Poszliśmy, namawiając przy okazji Ankę z lękiem wysokości i marudzącą Dorotę. Ewa, Maria i Bożenka na szczęście zostały, Fiona też, Maciek się ucieszył. Początek był rozkoszny, doliną Hornadu. A później się zaczęło... Drabinki to pikuś, gorzej, kiedy weszliśmy na metalowe parapety, szerokości 40 cm. Nie spodziewałem się takich ekscesów i wlazłem: w jednym ręku Kajka, w drugim aparat, plecakiem zahaczam o skały, a pod spodem 5 metrów do płytkiej rzeki. Zgrzałem się. Potem już schowałem aparat, bo ktoś by spadł... Basia z Krzysztofem dzielnie szli, wszyscy ich podziwiali - jak Kajkę, która z uśmiechem na ustach leciała całą drogę. Doszliśmy wreszcie do schroniska, każdy złapał za piwo i wyżłopał na miejscu... :) Potem tylko zejście do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną niemal po ciemku. W hotelu pani kelnerka raczyła wyrazić dezaprobatę, że oni też chcieli iść do domu... Rozumiemy, ale mogła być grzeczniejsza... Dzień skończyliśmy na drinkowaniu. Fajnie było dziś!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz