Rano pojechaliśmy do Burgas - sami, bo kuzynom nie chciało się męczyć z Księciuniem. Po drodze na dworzec odzyskaliśmy z parku czapkę Kajki. Przeszliśmy się deptakiem, zrobiliśmy drobne zakupy i plan był iść nad jezioro, ale pierwsze, co trafiliśmy, to plaża nadmorska - czarna, jak to nad morzem Czarnym. Było fajnie, ale Kajce się nie podobało, bo wodorosty pływały. Ble. No cóż, to spróbowaliśmy osiągnąć plażę jeziorną, ale jedyne, co uzyskaliśmy, to fantastyczna wystawa rzeźb z piasku - nie wiem, czy to jezioro ma w ogóle plażę... Zawróciliśmy do knajpy i zjedliśmy owoce morza. Gosia zamówiła kalmary na ostro, jak ślimaki morskie - słabe były, kalmary sto razy lepsze. Potem spacer promenadą do molo, spacer przez park, pamiątki i w sumie wróciliśmy na 20. Fajnie było.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz