Co za dzień... Rano wyrwałem się z domu pod pozorem spotkania z królem Jagiełło - musiałem spokojnie odebrać płyty. Wymieniłem więc kasę na Słowację, zajrzałem do Fana, gdzie weszło mi kolejne 5 albumów i odebrałem paczki. Rozpakowałem wszystko pod pałacem - znowu kilkadziesiąt płyt... Wróciłem przez sklep, zjedliśmy obiad i chciałem iść z młodą na spacer, ale umierająca Gosia poszła z nami. Kaja wylosowała Stare Bielany, więc sobie szliśmy pomiędzy domkami, fajnie. Spotkaliśmy Izę, pogadaliśmy chwilę i poszliśmy. Kajka zaczęła się drapać w kostkę i marudzić, że strasznie swędzi. Nic to, poszliśmy do kerfjura, bo jutro przychodzi mama i święto. Kajka coraz bardziej jęczy. Gosia zaczyna panikować, że to wczorajsza żmija. Kurwa, to zaskroniec, nie gryzie ludzi, dziabnął ja pająk albo co innego. Nie, to żmija, jedziemy do szpitala! Kurwa, jakiego szpitala, na Czumy jest nocny lekarz. Zadzwoniłem, powiedziałem co i jak - owad nie żmija. Ale ona chce jechać... Pani doktor obejrzała, oczywiście, że owad. Dała antybiotyk ze sterydem (co?) i wróciliśmy. Żona zamiast pozmywać zrobiła jęczącej młodej kompres z sody i odpłynęła. Super. Dobrze, że mam piwo, dom wariatów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz