Z pamiętnika obozowicza:
Wtorek obudził nas słoneczkiem i rozgrzewką. Śniadanko na wypasie,
pyszna jajecznica i mnóstwo dodatków, narzekać nie można. Po posiłku
łucznicy poszli strzelać, a siatkarze mieli przerwę na spacer po
mieście: pani Kasia miała zajęcia z innymi. Szukaliśmy lodów, ale rano
wszystko pozamykane - na szczęście był spożywczak, to i lody się
znalazły. No i dmuchańce! Ledwo zdążyliśmy na trening! Po obiedzie, na
który były sajgonki po polsku (nazwa Marcelego T. na gołąbki), w
strojach połowicznie plażowych (bluza i swobodne kopytka w klapkach),
podjechaliśmy na plażę. Na piechotę przeszliśmy aż do Dźwirzyna - spacer
plażą był totalny, słońce prażyło, morze chłodziło, a jęczały tylko
pojedyncze jednostki. Przy okazji powiększył nam się skład klasy.
Pierwsza była Ewa Krewetka - trafiła ona do flakonu kunsztownej roboty,
zaopatrzonego w atrakcje typu piaseczek, muszelka i glony. Marcin i
Marek zostali okrzyknięci Kapłanami Ewy i to oni dzierżyli dumnie Flakon
Obfitości. Po chwili dołączyły do Ewy Florian Flądra, Bella Bellona,
Jaś Krewetka (hurra, będą dzieci!) i Justyna Krewetka. Niestety, nie
wszyscy nowi klasowicze, mimo ofiarnej opieki kapłanów, zdołały
przetrwać wakacje we Flakonie, który niechcący przekształcił się we
Flakon Częściowej Zagłady - przeżyły tylko krewetki. Kapłan Marcin
Wyłowił zwłoki łyżeczką do lodów i porzucił ceremonialnie na trawniku.
Na koniec, po kolacji weszliśmy jeszcze na basen - sauny były oblegane, a
wyraz szczęścia na niektórych facjatach w bani bezcenny.
Latałem do tego centrum na lody z siatkarzami na zmianę, bo Kasia wolała mieć jedną grupę na zajęciach. No dobra... Spacer plażą rzeczywiście rozkoszny, zjarałem sobie gębę. Teraz wieczór, dam chwilę pograć moim w butelkę i wyganiam towarzystwo :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz