Mogło być dobrze rano, ale... Mała przyczłapała o 7, Gosia wstała i zaczęła się kręcić, aż w końcu powiedziała, że skoro nie śpimy, to może pójdziemy do kina Wisła na poranek misiowy? Za ile? Półtorej godziny. W biegu śniadanie, mycie i oporządek i wylecieliśmy z Kajką na autobus. W Wiśle okazało się, że już prawie nie ma miejsc, ale udało nam się kupić końcówkę... Kazik mało współpracował, Kajka miała ochotę po bajkach iść na scenę i pośpiewać z dzieciakami, ale siedziała taka z Kaziem... Poprzeciągali węża strażackiego, poprzymieżali hełmy, poganiali po sali ratując świat i poszliśmy. Najpierw na lody, potem na spacer przez Żoliborz, poganiali wokół pomnika czynu zbrojnego, gdzie młoda wyrżnęła dwa razy na tym samym schodku, zahaczyliśmy o placyk zabaw i wróciliśmy. Obiad na szybko (dobrze, że wczoraj zrobiłem!) i fru na Bródno. Autobus nam uciekł, więc telepaliśmy się ponad godzinę... Opstrykałem Tico, weszliśmy do mamy na herbatę i wróciliśmy. Znowu zrobiło się zimno, szlag. W domu Gosia sprawdza zeszyty, mała zasnęła na Master Chef Junior, a ja piszę Wojskowy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz