Po nocy - ciężkiej dla niektórych, bo przecież sen jest dla słabeuszy i
mięczaków, wstaliśmy ochoczo i z rozkoszą na śniadanie. Pyszota! Trzeba
było się zbierać, bo mielismy grać w piłkę nożną - poszli oczywiście
chętni, graliśmy z godzinkę, lepsi wygrali 3:1 z nieco gorszymi, ale w
zasadzie zwyciężyli wszyscy, bo było fajnie. Jako, że pogoda się nam
popsuła i do popołudnia lało ze zmiennym natężeniem niemal cały czas,
musielismy zrezygnować z Bornholmu - miejsca były tylko na dziś, a i tak
niemal połowa zrezygnowała jeszcze przed wyjazdem. Dlatego zostaliśmy,
co wszystkim wyszło na dobre. W najlepsze trwały treningi - siatkarze
byli w lepszej sytuacji, bo trenowali pod dachem, a łucznicy mieli
okazję ćwiczyć survival w deszczu. Przy okazji Pola została okrzyknięta
Meridą Waleczną, bo nie dość, że trafiła w 10, to drugą strzałę posłała
dokładnie w pierwszą. Sensacja była! Sensacji zreszta było więcej, bo
smętna pogoda sprzyja smętnym pomysłom i niestety nie wszystkie humory
kipiały radością... Ale udało się niepokoje ułożyć, pod wieczór wyszło
słońce - nie tylko na niebie, ale i w grupie. Na kolację było spaghetti,
trudna sprawa ogarnąć makaron, naprawdę... A deserem okazał się kebab
wegetariański (czyli banan w sosie czekoladowym) - jadłospis żyje tu
własnym życiem. Na koniec dnia weszliśmy do basenu - trener Kasia podała
rytm do pływania, potem większość zaległa w jacuzzi i saunach.
Dzień
był przełomowy, dość trudny z racji marnej pogody i przesilenia.
Wszyscy są już nieco zmęczeni, bo rzadko mają tyle wysiłku na raz. Jutro
dzień zawodów dla obu dyscyplin. Niby powinniśmy się wyspać, ale sen
jest dla słabych, jak już wspomniałem.
Awantury, awantury, rozrabiają w nocy, niech to szlag. Ale dobrze o tyle, że nic specjalnego nie robiłem cały dzień i przeleciało jakoś. Gosia namieszała z wyjazdami i przyjazdami, odkryłem kilka fajnych osób w klasie - doskonale bawiliśmy się z Markiem, Wiktorem i Marcinem. Część mnie za to denerwuje niemiłosiernie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz