Ostatni dzień nieco cieplejszy niż dwa ostatnie, więc pojechaliśmy znowu nad Zalew. Przyjechała jeszcze Iwona Roberta i polecieliśmy razem. Żeby nie było nudno, wybrałem drogę przez opłotki i była piękna: łany zboża, bociany startujące nam nad głowami itd. Było uroczo, nad zalew dotarliśmy od dupy strony, przez co nikt od nas nie żądał zapłaty - no i dobrze! Akurat zrobiło się chłodniej, słońce zaszło, ale posiedzieliśmy z 1,5 godziny, ja miałem czas relaksu :) Ledwo wyjechaliśmy znad zalewu znowu wyszło słońce i zrobił się upał. Moje kolana są tak zjarane, że szok. Czoło już mi odpadło... A na plaży wpadł mi do oka robal, kupiłem wodę i wypłukałem, ale co mi zaognił, to jego. Ciągle mi to oko łzawi... Szybki powrót, jechałem ostatni za dziewczynami-maruderami, i dobrze, bo sam już ledwo kręcę. Znowu 31 km i okazało się, że brakuje nam jeszcze 10! Więc wieczorem wsiedliśmy na rowery, aby zrobić jeszcze rundkę po polach. Bezdroża były straszliwe, ale dokręciliśmy do 200 km w tydzień! Sukces! Padli, my zresztą też - tylko najpierw opieprzyli całą lodówkę...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz