niedziela, 16 czerwca 2019

16.06.2019

Co za noc! Położyłem się o w pół do pierwszej, bo chciałem skończyć książkę i zasnąłem na może 20 minut. Nieco po pierwszej obudziło mnie walenie burzy i okien - musiałem swoje zamknąć. Błyskało, waliło, pełna moc wrażeń. Za jakiś czas przyszła Gosia zamknąć mi okno... E tam. Nie mogłem zasnąć, było mi duszno i gorąco, wszystko wokół błyskało i waliło. Jak zasnąłem na moment, to JAK NIE PIERDYKNIE! Walnęło nam w chałupę! Wszystkich postawiło na nogi - oprócz teściów, którzy nie usłyszeli. Nie usłyszeli! Spalił się zasilacz dekodera u Łukasza. Rano zaś budziła mnie i denerwowała mucha, wstałem z dużym bólem głowy i wkurwem, który się pogłębiał. Pomagałem w robieniu imprezy, dzięki której nie poszliśmy do kościoła, hura. Żona jak zwykle szuka mi zajęcia ledwo usiądę, szlag mnie trafia na to. Chciałem jechać o 15, ale nie, bo ciotki mają przyjść, chcą zobaczyć Bartka.  No ok, ale 16 już w samochodzie? Tak, tak jasne. Skończyło się na tym, że o 16 usiadła do karmienia, nic nie spakowane, szlag. Wyjechaliśmy koło 17, w domu byliśmy ok. 21, takie korki, mimo, że po trasie goniłem i nie robiliśmy przystanków.  Zanim wykąpałem jedno, nakarmiłem i wykąpałem drugie, ogarnąłem świadectwa, było po 22. Zajebiście, jestem wściekły. Ech... W Warszawie jakoś ciepło, bo Warmia była wręcz zimna... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz