Kolejny dzień temperatura 34 stopnie - jak dla mnie bosko, tyle, że człowiek płynie. W pracy zrobili wreszcie lekcje skrócone - zresztą i tak nie ma około 50% ludzi... A w salach nie da się wyrobić im bliżej południa. Masakra. Nikt nic nie robi, jasne. Nie ma z kim. Po pracy pojechałem na Wyszogrodzką, znalazłem wszystkie rachunki, odmroziłem lodówkę i przy okazji znalazłem polisę ubezpieczeniową - mama się na wszelki wypadek nagłej śmierci ubezpieczyła na kilka tysi! Kochana :) Siedziałem na Bródnie do 13, jak wróciłem była jeszcze ciotka Kaśka. Poszliśmy potem po młodą i na zakupy, znowu powrót był o 18... Teraz piszę opinię, przygotowuję wycieczkę - choć nie ma pojęcia, czy dojdzie ona do skutku, bo się kobita nie odzywa...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz