Co za noc, niech to szlag! Zasnąłem na dobre ok. 3, bo tak długo skakali. Obudziły mnie o 5:10 muchy, o 5:30 obudziły się dzieci. Robert ich opieprzył, ale nie szkodzi, o 6:30 już wyszli się bawić. Co to ma być?! Wstaliśmy więc, zrobiliśmy śniadanie i po przeglądzie sprzętu ruszyliśmy na pierwszą wycieczkę rowerową. Dzieciaki były tak nakręcone, że nie mogły się doczekać. Robert poprowadził wokół lotniska do Mińska. 32 stopnie, my pedałujemy. Skręciliśmy tylko do Ignacowa, bo tam jest kościół z 1901, zatrzymaliśmy się przy żandarmerii, czy nie pokażą nam grobu Kasztanki, ale nie chcieli, staliśmy tylko jak kretyni 20 minut przed stróżówką. Dotarliśmy wreszcie do miasta - ależ Mińsk się zmienił przez 20 lat! Pałac pięknie odnowiony, fontanna przed nim, z tyłu zadbany park, rynek zagospodarowany zamiast krzaków pełnych menelstwa... Byłem zaskoczony! Zrobiliśmy zakupy - ja również w aptece, bo mnie te zatoki / gardło nie dają spokoju. Wróciliśmy do nas przez Niedziałkę i udało się na rozgrzewkę pyknąć ponad 20 km. Przynieśli nam obiad, a my z Robertem skoczyliśmy do Mińska już samochodem, do krefjura na zakupy. Potem znowu grill, mnóstwo zabawy, trochę gry... I tysiące much.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz