Dzieciaki śpią już do 9, jak ogarniemy muchy, to my też śpimy dłużej :) Tyle, że Robert wrócił o 9, więc akurat na śniadanie. Po śniadaniu znowu poprowadziłem, dziś ku Mrozom. Na pierwszych kilometrach wywaliła się Łucja i paskudnie poocierała. Akurat trasa była bardzo przyjemna, przez wioski pełne drewnianych chałupek, ogrodów, pół i łąk, jechało się wyśmienicie, choć raz pomyliłem nieco drogę i zamiast do Mrozów wjechałem do Cegłowa... Co tam. W Mrozach odwiedziliśmy szpital (Łucja otrzymała tam fachową pomoc lekarską i plasterki - ból minął jak ręką odjął!) i stację kolejki konnej, przejechaliśmy przez las i... Maksym złapał gumę. Miał wziąć dętkę ze sobą zapasową, Robert mu ją nawet ładnie zwinął i dał, ale po co się słuchać - zostawił. Więc na środku drogi zmienialiśmy dętkę. Wróciliśmy przez centrum Mrozów, zostaliśmy na popas i w sumie wróciliśmy dokładnie na obiad - pękło 45 km! Zaczynam czuć te odległości w kościach...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz