Noc była dziś słaba - jak o 4 zaczął wyć, to trochę to potrwało... I tak wstałem, ogarnąłem siebie i młodą i odprowadziłem do przedszkola. W pracy byłem na styk, na grę miejską przyszło aż 14 osób, reszta może żałować. Naprawdę fajne zajęcia, skończyliśmy po 13, ale warto było. Dużo językowych rzeczy, niezłe zadania - trochę się musieli namęczyć, ale i tak najlepszy punkt to wizyta w hinduskiej restauracji na poczęstunek :) Iza ich odwiozła, ja zdałem dekoder mamy, odebrałem paczuszkę z dodaxa (czkają po jednej sztuce, co za bezsens?) i zjadłem u Greków lunch. Odebrałem młodą z przedszkola i pojechaliśmy do lekarza i na zakupy. Młody wytrzymał Smyka, Castoramę, Rossmanna i połowę Auchana, po czym się zbuntował. Dokończyliśmy z Kajką zakupy, zanieśliśmy do wozu i wróciliśmy do pokoju matki z dzieckiem - bo jeszcze musieliśmy iść do Sephory. W rezultacie byliśmy w domu o 21. Kaja śpi, Bartek marudzi... Ciekawe, czy się wyśpię?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz