Zawezwana na pomoc babcia przyszła prosto z pracy o 7:30. Niedługo potem opuściliśmy lokal, odwiozłem żonę na galę do Instytutu Olimpijskiego, a sam udałem się na radę. Plan mamy obydwoje nieźle zjebany, najbardziej raduje mnie środa: osiem lekcji od 7 rano. Miazga... Po dość krótkiej radzie poszliśmy na pracę w zespołach. Do tego okazało się, że nie mogę zrezygnować ze szkolenia od dziewczyn i muszę jechać do tych Włoch. No to pojadę - robimy sobie majówkę w Neapolu we trójkę. Czad. Poszwendaliśmy się po szkole i wróciliśmy przez Sajgon. Odwiozłem mamę do domu, wróciłem i pojechaliśmy na rowery. Z żoną nie jeździ się dobrze. Z samym mną młoda nie jęczy, nie boi się, jedziemy jak trzeba. A tu? Tylko ścieżka rowerowa, tam źle, tu źle, stękanie i marudzenie cały czas... Przejechaliśmy przez te nowe osiedla przy Batalionów Chłopskich i dalej do Blizne, ale trzeba było wrócić, bo dotarliśmy do trasy poznańskiej. Wróciliśmy przez Jelonki dookoła. Jeszcze zakupy i tyle, choć małej nie było dość i popłakała się, że wracamy z roweru...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz