Ale ciężko... Młoda znowu przylazła w nocy, szlag. Spóźniłem się do pracy, bo jebane 112 przyjechało 10:13 zamiast 10:05 i stawało na KAŻDYCH czerwonych światłach... Porażka. Lekcje jakoś minęły, poszedłem na obiad dość spokojnie, bo Pauliny nie było i dotarłem na czas do Jonatana. Jakoś przemęczyłem i wróciłem - tu oczywiście, zamiast iść na rower, jedna wisi na telefonie, druga w tablecie, w kuchni pierdolnik. Ale oczywiście tyle strasznych rzeczy, łojej! I jeszcze muszę odkręcać ten bajzel z wycieczką po Włochach... Na szczęście jutro jestem zwolniony nie tylko z rady, ale i z ostatniej lekcji, zdążę odebrać młodą...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz