środa, 11 kwietnia 2018

11.04.2018

Wyjścia na 8 do pracy niszczą, ledwo wstaję o tej 5:30, zwłaszcza, że młoda znów przylazła... Trzy lekcje minęły prędziutko, jeszcze musiałem tłumaczyć listy po niemiecku i angielsku dla Łukasza, on tam zginie marnie w tych Niemczech... Odebrałem paczkę z empiku, poleciałem oddać Hondę do zmiany oleju i opon, zrobiłem zakupy, po czym zaległem w domu na 2 godzinki. Robiłem poprawki na Moko i w sumie byłem już gotowy na Kubę, ale... ma zapalenie oskrzeli. Drugiego tez nie będzie. Świetnie, wydałem na samochód 300 zł, nie zarobiłem nic. Tylko jeszcze skoczyłem po kolejna paczkę do inposta - nie mogą jakoś razem, tylko cykają co jakiś czas... Poszedłem po młodą i musiałem zostać na 20 minut, bo na placu była Olga i Dawid. Ale od momentu odejścia do domu zaczęła się histeria. Że nie chce iść, że chce do domu, że coś tam... W domu nie było lepiej. Zanim zjadła obiad, to ryk niesamowity: pokarm, nie chce mi się jeść, pokarm mnie, bajeczkę... Zjadła, to jej się poprawiło na moment i że Gosia znowu zaległa strategicznie, to poszliśmy na godzinkę na spacer po Górcach. Na nieszczęście wywróciła się znowu i wszystko było ok, kiedy w domu zauważyła, że otarła kolano. Znowu wrzask, a jeszcze ma obite piszczele ratunku! Tak mnie zmęczyła, że szok. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz