sobota, 7 kwietnia 2018

07.04.2018

Co za dzień... Pobudka o 7:30, nie wiem po co... Młoda śpi jak zabita w tygodniu, w weekend się zrywa... Zanim się wybraliśmy, to było południe. Pojechaliśmy do Wola Parku na zakupy, wyszły 2,5 godziny i 200 złych. Super. Zrobiłem dość szybki obiad i wyszliśmy z młodą uczyć się na rowerze. Nie daję rady: jedzie wygięta w paragraf, ściąga ja na prawo, nie daję rady. Gosia też za nią latała, to samo. Spina się, gnie, szlag mnie trafia... Po pół godzinie zostawiliśmy rower i poszliśmy na spacer przez WAT. Po powrocie żona oczywiście taktycznie zasnęła o 19:30, więc znowu ja zostałem sam do zrobienia kolacji, syropków, wykąpania, umycia głowy, suszenia i czytania. Kolejny dzień. Wkurwia mnie to już, bo marzy jej się jeszcze jedno, chyba po to, żebym już w ogóle nie miał na nic czasu. Gotuję, robię zakupy, służę za szofera i jeszcze niańczę. Nie wspominając o pracy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz