Wstałem po ciemku jeszcze - 6 rano. Ta cholera z wiadrem i mopem przylazła 6:10, na szczęście nie spałem, więc mogła sobie się tłuc po korytarzu. Co to za pomysł? Udało nam się zapakować, zjeść, oddać część dzieci i ruszyć o 8:20. Pomimo obaw, droga była wybitna. Dwa postoje, na zmianę czytałem książkę i słuchałem muzy. Wprawdzie marylowa Majka prawie zeszła w Radomiu - zasłabła i zarzygała część jadalni na stacji, ale udało się ją doprowadzić do porządku. Dojechaliśmy o 15:30! Genialnie! Wróciłem do chałupy, a na schodach... ministrant mnie pyta, czy ja przyjmę księdza... Ja tu z gratami, narty, walizka, po tygodniu nieobecności, a ten mnie pyta, czy ja księdza przyjmę! Pomijając moją niechęć, to jakby nie miałem okoliczności, aby go przyjmować. Poszedłem od razu do sklepu, bo w domu pusto i zimno (Gosia zostawiła otwarte okno...) i zjadłem obiad, oglądając skoki. Stoch wicemistrzem świata w lotach! Szkoda, że odwołali ostatnią serię, bo może by wygrał... Ogarnąłem pranie i okoliczności, teraz ogarniam płyty i Moko. Luz blues. Czad.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz