Znowu radosna noc - 3 to godzina duchów, bez kitu. Obudziło mnie wycie. Ktoś płacze! Tym razem u małych. Człapię, ryczy Franek. Boli go strasznie stopa, tak nagle. Kurde, patrzę, na stopie nic nie ma. Skurcz? Gdzie tam. No dobra, pomasowałem mu stopę i w ciągu pół minuty przeszło, czary jakieś. On natychmiast zasnął, a ja, znowu rozbudzony, znowu przewracałem się w wyrku z kolejną godzinę. Rano ostatnie narty - po południu chciała jeździć tylko Lili, więc Robert z nią poszedł, a ja poszedłem na salę. Grało się fajnie, ale wkurzyli mnie potem. Zanim pozbierałem dzieci, starszyzna sobie już poszła ze szkoły do Jędrola, zostawili mnie z bandą maluchów i z ciężką torbą ze sprzętem. Super. W wypożyczalni okazało się, że Fiona nam zapieprzyła narty Kostka. A Leny leżą w autokarze - wszystko się wreszcie zgodziło! A było słyszeć, jak się Żabcia zielona odżegnywała, że to nie ona, nigdy, zadzwoniła do Jędrola go opieprzyć, idiotka. Ufff... Warhammer i 22:30.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz