środa, 10 stycznia 2018

10.01.2018

Co za dzień, nie mogę... Pobudka była już przed 5, bo Kajka przylazła nie wiem kiedy i zaczęła mnie kopać. Kurde. Po pobudce biegiem, w sumie ledwo się wyrobiliśmy. Młoda ma taki katar, że łojezu... Ale poszła do przedszkola, katar nie choroba... W pracy zrobiłem swoje lekcje i powinienem kończyć o 10:30, ale zostałem na konkurs. No ok, dwie godziny za darmo, ale dobra. Zrobiłem, wszystko fajnie, aż tu nagle okazuje się, że Renata pomyliła sesje i dała nam regulamin sesji jesiennej, a nie zimowej. Połowa prac w dupę psa. Powoli zrobiło się wybielanie i już pod koniec dnia 'pomieszało się i niektórzy nie ogarnęli, że to inna sesja'. W dupę. Potem zostałem jeszcze trochę, bo Łukasz się obudził, że przed chwilą zmienił ocenę An. Świetnie, nie szkodzi, że już zdałem sprawozdanie i klasyfikację do dyrekcji... Co za baran, kazałem mu wracać poprzedniej oceny, trudno, ja nie będę z siebie robił kretyna po raz kolejny, bo on zapomniał. Wyszedłem z pracy na chwilę trzy godziny po czasie. Skoczyłem na Kickiego i znalazłem w tym genialnym antykwariacie 6 płyt - i to niezłych. Potem powrót do centrum, obiad i dwie paczki z poczty. Znowu kilogramy płyt... Wróciłem na radę. Na zebranie klasowe przyszły trzy osoby, głównie dlatego, że siedziały do zebrania zimowiskowego, które pięknie poprowadziłem. No i ok, w domu byłem 20:30, padam na pysk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz