Co za noc, młoda mnie dwa razy obudziła, bo było jej zimno i jęczała przez sen: po 2 i o 5... No i o 5:30 zapomniany budzik żony... szlag. Wstawać trzeba było o 8, bo przecież Spartakiada Przedszkolaków w Hali OSiR-u. Dojechaliśmy i pogrążyliśmy się w imprezie. Dzieciaki miały 10 stacji, aby jak najszybciej zaliczyć wszystkie atrakcje. Naszym poszło mocno średnio, nie utrzymali pucharu. Do tego co chwila był jakiś foch, Kajce w połowie spadła bateria i trzeba było ładować bananem i kabanosami. Impreza przedłużała się mocno, miało się skończyć przed 14, ja wybiegłem o 14:05 do autobusu i dalej biegiem do tramwaju i zdążyłem na targi książki historycznej. Posiedziałem na stoisku ze 2 godzinki, pogadałem, podpisałem trochę książek, czasem nawet było przyjemnie :) Wróciłem, żeby zobaczyć, jak nasi skoczkowie psują kolejny konkurs, zjeść i zalec, choć nie dane mi było, bo 'męciu męciu'. Co za weekend, jestem zmordowany.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz