piątek, 23 czerwca 2017

23.06.2017

Leje. Niby szliśmy oddzielnie, bo ja odprowadziłem małą i daliśmy paniom upominki, to Gosia zaskoczyła mnie na przystanku i zajechała taksówką. W ten sposób obydwoje byliśmy na czas. Ogarnąłem papiery i w sumie chyba wszystko... Na uroczystości popełniłem dzikie faux pas, bo omsknęła mi się Amelka - nie wiem, jak to się stało, ale dośpiewałem ją później. Zgrzyt... W sali wyszło już ładnie, miłe zakończenie roku szkolnego. Po wszystkim przyjechała mama i mieliśmy pojechać na cmentarz do taty, ale wyszła mała niespodzianka - mama raz, że wjechała pod prąd, dwa, stanęła komuś na wjeździe i zebrała opieprz. Tak się zdenerwowała, że otarła jakiś inny samochód - na szczęście bez śladu, połamała tylko kołpak... Była tak roztrzęsiona, że ja pojechałem i wróciłem. Ale ok, rozdaliśmy kwiaty, ułożyliśmy czekoladki... I zaczęło się pakowanie. Gosia prasuje i upycha, na ostatnich nogach. Ja zaś ruszyłem na zakupy - młodej spodnie, sobie spodenki... 2,5 godziny. Katar mnie zabija. Nie nadaje się na ten wyjazd...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz