W nocy miałem ponad godzinę z głowy - młoda się darła, myślałem, że już skończyła z tym procederem... Gosia nas wywlekła na mszę, bo Zielone Świątki i nie obyło się bez awantury na temat mojego naburmuszenia, a ja tego naprawdę nie znoszą, ble. Poszliśmy na lody i zahaczyliśmy o festyn z okazji Dnia Dziecka. Z Kajką zostaliśmy do 15, Gosia urwała się wcześniej sprawdzać klasówki. Młoda świetnie się bawiła, ale o 15 miała już dość, więc wróciliśmy z nagrodą za zdobycie stempelków. Ledwo wróciliśmy z festynu, dzwonek: Kurier! Jaki kurna kurier? A to... Anielka i Łukasz! Przyjechali do Stodoły na obchody Zielonych Świątek i koncert jakiegoś chrześcijańskiego rocka. Zostali z godzinkę i pojechali... Więc obiad zjedliśmy o 18, oglądając Polska-Iran, gdzie nasi dostali od najsłabszej drużyny grupy... Kończę Żoli, ciekawe, czy dam radę zamknąć sprawę przed wakacjami. I przeraża mnie kolejny weekend z naszą rocznicą...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz