czwartek, 22 września 2016

22.09.2016

Ledwo wstałem, coraz ciężej... Lekcje jakoś przeszły, podrukowałem papiery i przygotowałem sobie zebranie. Po czym skoczyłem do chorej Teresy po ubezpieczenie, na Powązki przejść się trasą, ale zdążyłem zrobić z 1/3, na obiad do Arkadii, po czym spacerem na zebranie. Byłoby jak zwykle miło, ale tata Zosi wpadł nie dość, że spóźniony, to jeszcze z mordą i pytaniami z dupy, po czym na koniec stwierdził, że Zosia może nie pojedzie, bo ona nie lubi wyjeżdżać sama. Ekstra, no. Po ki chuj było się zgłaszać w takim razie? Ech, co za bzdury... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz