niedziela, 28 sierpnia 2016

28.08.2016

Wyjechaliśmy w sumie prawie o 10 - z lekkim poślizgiem. Pegueot prowadził się całkiem porządnie, ma przyspieszenie chłopak. Dojechaliśmy z pół godziny później, ale nic nie szkodzi. Hotel w Krzyczkach to czad. Stoły rozstawione w cieniu parasoli i drzewek, grill, zupki, wino. Lans. Nie dość, że upał ze 32 stopnie, to jeszcze masa atrakcji. W zagrodzie koza, owce, lamy i osły. Jazda na kucykach szetlandzkich i na elektrycznym boardzie. Plac zabaw. Kurtyna wodna. Zjazd na tyrolce z młyna - Kajka pobiła wszystkich, poleciała z zachwytem, przez co starsi chłopcy, trzęsący nogami ze strachu również musieli się odważyć. Jak i Gosia. Rzuty balonami z wodą. Partia discgolfa, zaczęta przez wszystkich, skończona we trzech - instruktor, Sławek i ja, w takiej kolejności. Świetna zabawa. No i łowienie ryb. Zebrałem dziewczyny o 18:30, i tak z bólem, bo młoda wcale nie miała ochoty na powrót do domu. Udało nam się wrócić dość szybko, ale i tak Kajka poszła spać po 21, ciekawe, jak jutro wstanie. A Sławkom poszło sprzęgło przed samą Warszawą... Dlatego jeszcze o 23 czekałem na Sławka, żeby odebrał Pegułota. A jutro do roboty... :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz