Jeszcze parę takich dni i się wykończę... Rano się udało ze wszystkim, jakoś poszło z młodą, a Gosia poszła do lekarza i sklepu i miałem te 40 minut spokoju. W pracy totalne marnotrawstwo czasu, lekcja na zmianę z okienkiem, więcej dyżurów niż lekcji, a na ostatniej godzinie była moich 10 z polskim zamiast angielskiego, bo im tak Marta powiedziała... Ale przy okazji załatwiłem sprawę z Igą, szkoda że Klapkens wpierdzieliła się ze swoimi trzema groszami we wszystko i popsuła szyki. I jeszcze z ryjem do mnie wyskoczyła, ale ją szybko usadziłem, głupio jej było i aż mi ciasto ze swojej wigilii przyniosła :P Podjechałem po lekcjach na pocztę, bo Kuba chory, ale nic nie ma :( Wróciłem sobie na piechotę z centrum do Młynowa i stamtąd podjechałem tramwajem. Odgruzowałem wóz i zabrałem dziewczyny na ostry dyżur. Gosia sobie czekała, a my z Kajką ruszyliśmy w sypiący śnieg do parku Pawełka i na Zachodni - cudnie było. Gosia nic dalej nie wie, histeryzuje i zawraca dupę... Jutro ostatni dzień, dobrze, bo ja już nie mogę...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz